STRONA W JĘZYKU POLSKIM

 

 

 

 

 

Kontakt:
Andrzej Romuald Pacholski
ul. Złotych Kłosów 17 m. 5
PL-11-730 Mikołajki
Tel komórkowy: +48 574 912 561
Tel stacjonarny: +48 87 517 26 86
facebook.com/andrzejromuald.pacholski

zwangspsychiatrie  at  protonmail.com

———————————————

Na początek  kilka artykułów prasowych z portalu gniezno.naszemiasto.pl dotyczących Szpitala „Dziekanka“ w Gnieźnie: https://dziekanka.net/
Czy to jest NA PEWNO SZPITAL???
Moim zdaniem NIE.
Jeżeli szpital to ex definitione instytucja, w której leczy się stacjonarnie ludzi chorych pomagając im wrócić do zdrowia, to czy „szpital“, w którym dzieją się rzeczy opisane w tych artykułach można tak określić?
Moim zdaniem NIE.
W Europie Zachodniej różne rzeczy dzieją się w szpitalach psychiatrycznych, ale takie sytuacje, jak te opisane w poniższych artykułach, nie byłyby tam możliwe.
Za najgorsze uważam to, że o tych sprawach od dawna wszyscy wiedzą, jednak w Polsce nadal NIC nie można z tym zrobić.
Takich spraw jest zresztą w Polsce bardzo dużo.

Dlatego nie chcę mieszkać w Polsce.

Leki psychotropowe – atak na godność człowieka

Wywiad z Robertem Whitakerem przeprowadzony przez czasopismo amerykańskie Street Spirit Wywiad przeprowadził: Terry Messman

Robert Whitaker jest autorem książki pod tytułem Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill („ Szalony w Ameryce: zła nauka, złe lekarstwa i wciąż trwające niewłaściwe leczenie chorych psychicznie”)

Część pierwsza: leki antydepresyjne

„Dziennikarz demaskator” Robert Whitaker, autor pionierskiej książki Mad in America („Szalony w Ameryce”), uprawia obecnie fascynujące studia nad tym, jak koncerny farmaceutyczne zagrażają ludności amerykańskiej, tuszując, jak ich przepisywane w gigantycznych ilościach leki psychotropowe (leki antydepresyjne i neuroleptyki) powodują niezmierzone cierpienia, męki i choroby.

Potężne kłamstwa i zatuszowania, które skorumpowały procesy dopuszczania leków do obrotu przez FDA (Federal Drug Administration – Federalny Urząd ds. Leków – przyp. tłum.) odkrywa Whitaker podobnie, jak uładzone wyniki badań studiów nad lekami i przemilczanie niebezpiecznych, a czasami nawet śmiertelnych działań ubocznych leków takich jak Prozac, Zoloft, Paxil i Zyprexa.

Historia staje się jeszcze bardziej zatrważająca, kiedy dowiadujemy się, jakimi agresywnymi metodami komcerny farmaceutyczne zmuszają prominentnych krytyków do milczenia przez zniesławianie w mediach i za pomocą pieniędzy i władzy doprowadzają do zwalniania cenionych naukowców i znaczących badaczy w dziedzinie medycyny, którzy ośmielają się wspominać, że leki te mogą doprowadzić do samobójstwa i przedwczesnej śmierci.

Whitaker zaczyna od zakwestionowania skuteczności tych uzyskanych wszelkimi siłami cudownych środków, czy to leków antydepresyjnych jak Prozac, Zoloft i Paxil, czy też nowych neuroleptyków atypowych, jak Zyprexa. Jego studia pokazują, że leki te mimo hymnów pochwalnych słyszalnych we wszystkich wielkich środkach masowego przekazu w leczeniu psychoz i depresji są często niewiele skuteczniejsze niż placebo.

W końcu Whitaker wyciąga zastraszający wniosek, że te nowe leki psychotropowe odpowiedzialne są bezpośrednio za niepokojącą nową epidemię polekowych chorób psychicznych. Te same środki, które przepisywane są przez lekarzy w celu stabilizacji zaburzeń psychicznych prowadzą do patologicznych zmian w chemii mózgu i wywołują przez to samobójstwa, manie, psychozy, ataki epileptyczne, przemoc, cukrzycę, dysfunkcję trzustki, zmiany w przemianie materii i przedwczesną śmierć.

Whitaker był pierwotnie niezwykle cenionym dziennikarzem medycznym w Albany Times Union, pisywał także dla Boston Globe. W roku 1998 opublikowana przez niego w Boston Globe seria reportaży na temat badań dotyczących szkodliwości psychiatrii została zakwalifikowana do końcowych wyborów Nagrody Pulitzera. Kiedy rozpoczął on swoje badania w dziedzinie psychiatrii, wierzył jeszcze sam w mrzonkę naukowego postępu, którą psychiatria szerzyła jawnie od dziesięcioleci. „Żywiłem ogólnie obowiązujące przekonanie”, mówi Whitaker, „zgodnie z którym leki psychotropowe rzeczywiście przyniosły poprawę i rewolucję w leczeniu schizofrenii. Wcześniej zamykano tych ludzi na zawsze. Dzisiaj, tak myślałem, jest im dużo lepiej, nawet jeśli oczywiście nie wszystko jest doskonałe. W moich oczach był to jednak postęp w medycynie.”

Ten postęp w medycynie okazał się jednak kłamliwą mrzonką, jak stwierdził Whitaker, kiedy uzyskał na podstawie swoich studiów nową wiedzę o powodujących mękę metodach leczenia, takich jak wstrząsy elektryczne, lobotomia, śpiączka insulinowa i neuroleptyki. Psychiatrzy wmówili opinii publicznej, że takie procedury uleczą choroby psychiczne przez doprowadzenie do równowagi procesów chemicznych w mózgu.

Wspólne wszystkim tym metodom terapeutycznym było jednak w rzeczywistości usiłowanie tłumienia chorób psychicznych przez celowe uszkadzanie wyżej rozwiniętych funkcji mózgu. Establishment psychiatryczny sam określał nawet za zamkniętymi drzwiami to postępowanie jako „terapie uszkadzające mózg”.

Pierwsza generacja leków przeciwpsychotycznych powodowała wskutek blokowania neuroprzekaźnika dopaminy i wyłączenia wielu wyższych funkcji mózgu polekową patologię mózgową. Po wprowadzeniu na rynek neuroleptyków takich jak Chloropromazyna i Haldol sami psychiatrzy mówili, że działanie tych lekarstw to praktycznie rodzaj „chemicznej lobotomii”.

W nowszych czasach media doniosły o zsyntetyzowaniu tak zwanych leków „designer”, jak Prozac (Fluctin), Paxil (Seroxat) i Zyprexa. Mówiono o nich, że są lepsze niż stare antydepresyjne leki trójpierścieniowe i pierwsza generacja neuroleptyków, mają też mniej działań ubocznych niż te ostatnie. Miliony Amerykanów uwierzyły w tę historię i napełniły kieszenie firm takich jak Eli Lilly wydając miliardy dolarów na zakup tych nowych leków.

Badania Whitakera dotyczące tragicznych przypadków, w których ludzie cierpieli po tych środkach, chorowali ciężko lub przedwcześnie umierali dowodzą, że miliony konsumentów zostały wprowadzone w błąd przez potężną kampanię pełną kłamstw, upiększeń i przepłaconych studiów farmakologicznych. Wybitni lekarze, którzy pragnęli ostrzegać przed niebezpieczeństwami związanymi z używaniem tych leków, zostali zastraszeni, zniesławieni i zmuszeni do milczenia.

Jednocześnie amerykański urząd ds. leków z psa stróża stał się psem myśliwskim wielonarodowych koncernów farmaceutycznych.

Street Spirit przepytał Roberta Whitakera na okoliczność tej nowej „epidemii” zaburzeń psychicznych oraz o tym, jak multimilionerzy farmaceutyczni robią kokosy na sprzedaży wywołujących chorobę lekarstw.

Street Spirit: Pańskie nowe badania pokazują, że w Stanach Zjednoczonych gwałtownie przybywa chorych psychicznie, mimo pozornego postępu w wyniku wprowadzenia nowej generacji leków psychotropowych. Dlaczego określa Pan ten wzrost jako epidemię?

Robert Whitaker (RW): Nawet wielu psychiatrów jest tego zdania, jak na przykład E. Fuller Torrey, który niedawno opublikował książkę, w której napisał, że w Ameryce jest epidemia chorób psychicznych. Wzrost liczby ludzi chorych psychicznie widoczny jest w liczbach publikowanych przez National Institute of Mental Health (Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego – przyp. tłum.). Według niektórych nowszych doniesień obecnie 20 procent wszystkich Amerykanów choruje na choroby psychiczne. Chciałem dokładniej zbadać, jak w rzeczywistości dramatyczny jest ten wzrost liczby zaburzeń umysłowych, przede wszystkim ciężkich chorób psychicznych. Wzrost liczby chorych psychicznie należy przypisać po części definicji. Obecnie wytycza się bardzo duży obszar i przypisuje wszystkich możliwych ludzi do kategorii „chory psychicznie”. Np. dzieci, które niezbyt grzecznie siedzą w klasie, mają teraz deficyt uwagi/zespół nadaktywności (ADHS). Tak samo utworzono nowe zaburzenie o nazwie „fobia społeczna”.

Street Spirit: To, co wcześniej określano jako nieśmiałość lub lęk przed ludźmi, jest teraz uważane za zaburzenie psychiczne, które należy leczyć antydepresantem takim jak Paxil (Seroxat).

RW: Dokładnie, a do leczenia ADHS potrzebny jest teraz stymulant, jak np. Ritalin.

Street Spirit: To dostarcza psychiatrom nowych pacjentów. Czy nie zwiększa to również liczby pacjentów, którym multimilionerzy farmaceutyczni mogą sprzedawać swoje leki psychotropowe?

RW: W zupełności. Część tego, co dziś jest widoczne, to nic innego niż tworzenie nowych rynków zbytu dla lekarstw. Im większy wytycza się obszar tego, co uchodzi za chorobę psychiczną, tym więcej pacjentów ma psychiatria i tym więcej sprzedaje się lekarstw. Istnieje też inherentny bodziec gospodarczy, aby definiować chorobę psychiczną tak szeroko, jak to tylko możliwe, i klasyfikować jako zaburzenie psychiczne całkiem zwykłe uczucia i wzorce zachowania, które przez niektórych ludzi mogą być odbierane jako uciążliwe.

Street Spirit: Pańskie studia pokazują również, że występuje realny wzrost liczby osób z ciężkimi zaburzeniami psychicznymi. Czy nie uważa Pan, że wzrost ten w dużej części spowodowany jest przyjmowaniem w nadmiarze leków psychotropowych nowej generacji?

RW: Tak, dokładnie. Wziąłem pod uwagę liczbę osób określonych jako niezdolne do pracy z powodu chorób psychicznych lub ograniczonych w jakiś sposób w codziennym życiu. Pragnąłem określić i oszacować procent ludności chorej psychicznie i z niepełnosprawnością w perspektywie historycznej. W roku 1903 jeden na 500 Amerykanów był hospitalizowany z powodu zaburzeń psychicznych. Kiedy w roku 1955 weszły na rynek pierwsze nowoczesne leki psychotropowe, jeden na 300 obywateli był niezdolny do pracy. W roku 1987 weszła na rynek druga nowoczesna generacja leków psychotropowych. W latach 1955-1987, zatem w czasie pierwszej generacji leków psychotropowych, kiedy stosowano środki takie jak Chloropromazyna, Haldol i antydepresanty trójpierścieniowe, wzrosła czterokrotnie liczba chorych umysłowo niezdolnych do pracy, aż w końcu jeden na 75 Amerykanów był niezdolny do pracy z powodu zaburzeń psychicznych. W okresie tym zaszła zmiana sposobu traktowania chorych psychicznie. W roku 1955 leczono ich w szpitalach. Trzydzieści lat później doszło do przemian społecznych. Dzisiaj takich ludzi leczy się ambulatoryjnie lub mieszkają oni w schroniskach i domach opieki i otrzymują rentę z tytułu niezdolności do pracy lub pomoc społeczną. W roku 1987 weszła na rynek rzekomo lepsza druga generacja leków psychotropowych – najpierw leki takie jak Prozac (Fluctin) i inne selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI – Selective Serotonine Reuptake Inhibitors), później nowe neuroleptyki atypowe takie jak Zyprexa (Olanzapin), Clozapin (Leponex) i Risperdal (Risperidone).

A co stało się po roku 1987? Otóż procent niezdolnych do pracy rósł nadal i dziś jeden na 50 Amerykanów jest niezdolny do pracy. Proszę pomyśleć: jeden na 50 Amerykanów jest dzisiaj niezdolny do pracy z powodu choroby psychicznej, a procent ten rośnie nadal. Od roku 1987 wzrasta w Stanach Zjednoczonych liczba chorych psychicznie niezdolnych do pracy co rok o 150000 osób. Oznacza to, że w ciągu minionych siedemnastu lat codziennie klasyfikowano 410 osób jako niezdolne do pracy z powodu zaburzeń psychicznych.

Street Spirit: Nasuwa się pytanie: Jeśli psychiatria dysponuje obecnie tak zwanymi cudownymi środkami jak Prozac, Zoloft i Zyprexa, to dlaczego tak dramatycznie wzrasta liczba chorych psychicznie?

RW: Dokładnie o to chodzi. To jest naukowe podejście do zagadnienia. Mamy system opieki nad pacjentami, w którym leki te stosowane są coraz częściej, mamy podobno dużo lepsze niż dawniej leki stanowiące podstawę terapii psychiatrycznej. Należałoby zatem oczekiwać, że procent niezdolnych do pracy zmniejszy się. Zamiast tego liczba niezdolnych do pracy z powodu choroby psychicznej w Stanach Zjednoczonych wzrosła od roku 1987 z 3,3 miliona do 5,7 milionów. W tym samym okresie wydatki na leki psychotropowe wzrosły potężnie. W roku 1986 wydano ok. 500 milionów dolarów na leki antydepresyjne i neuroleptyki, w roku 2004 już prawie 20 miliardów. Nieodparcie nasuwa się zatem pytanie: czy wprowadzenie tych leków w jakikolwiek sposób prowadzi do wzrostu liczby niezdolnych do pracy z powodu choroby psychicznej? Jeśli przeanalizuje się wyniki badań, można znaleźć dla wszystkich tych leków jednolity wzorzec wyników – dla neuroleptyków, antydepresantów, anksjolityków (trankwilizerów) i stymulantów, jak Ritalin do leczenia ADHS. Wszystkie te leki uśmierzają przez krótki okres, może sześć tygodni, objawy choroby nieco mniej skutecznie niż placebo. Lek antydepresyjny łagodzi zatem objawy depresji przez krótki okres lepiej niż placebo.

Długoterminowo jednak każda z tych kategorii leków psychotropowych pogarsza w porównaniu z placebo objawy choroby takie jak depresje, psychozy i stany lękowe. W konsekwencji dochodzi do chronifikacji i pogorszenia objawów. W przypadku znacznego odsetka pacjentów same leki wywołują nawet nowe i ciężkie objawy psychiatryczne.

Street Spirit: …nowe objawy psychiatryczne wywołane przez te same leki, które mają pomóc chorym w powrocie do zdrowia?

RW: Całkiem dokładnie. Najbardziej jest to widoczne w przypadku leków antydepresyjnych. Określony odsetek pacjentów, którzy z powodu jakiejkolwiek formy depresji leczeni są inhibitorami wychwytu zwrotnego serotoniny, dostaje manii lub psychozy – wywołanych przez lek. To jest dobrze znane. O ile początkowo leczyło się depresję, to teraz leczy się objawy maniakalne lub psychotyczne. Co dzieje się, gdy ktoś ma epizody maniakalne indukowane przez lek? Ląduje on w izbie przyjęć i otrzymuje nową diagnozę. Teraz jest cierpi on na psychozę dwubiegunową i oprócz leku antydepresyjnego dostaje jeszcze neuroleptyk. Najpóźniej w tym momencie zaczyna się degradacja społeczna do chronicznej niezdolności do pracy.

Street Spirit: Nowoczesna psychiatria twierdzi, że te leki psychotropowe korygują patologiczną chemię mózgu. Czy są jakieś dowody na twierdzenie, że zaburzenia chemii mózgu odpowiedzialne są za psychozy i depresje?

RW: Dokładnie to jest decydujące pytanie, na które należy odpowiedzieć. Odpowiedź na nie odsłania tajemnicę niebezpicznych długofalowych następstw stosowania tych leków. Zacznijmy od schizofrenii. Zgodnie z psychiatryczną hipotezą mechanizm działania tych leków polega na korekcji nierównowagi neurotransmitera dopaminy.

Zgodnie z tą teorią schizofrenicy mają nadaktywny system dopaminowy, a leki te korygują nierównowagę chemiczną poprzez blokowanie dopaminy w mózgu. W ten sposób powstała przenośnia, że neuroleptyki działają jak insulina w przypadku cukrzycy, że korygują one anomalię. W przypadku depresji z kolei twierdzono, że chorzy na nią mają zbyt niski poziom serotoniny, a leki przywracają równowagę chemiczną w mózgu poprzez zwiększenie ilości serotoniny. W przypadku tych teorii nie chodziło jednak w żadnym wypadku o wnioski z wyników badań nad tym, co działo się w istocie z chorymi. Stwierdzono raczej, że neuroleptyki blokują dopaminę, i z tego wywnioskowano, że pacjenci mają nadaktywny system dopaminowy. Odkryto, że leki antydepresyjne zwiększają poziom seroroniny, i na tej podstawie stworzono teorię, że chorzy na depresję – co jest logiczne – powinni mieć w mózgu za mało serotoniny.

Jest jednak fakt znany każdemu Amerykaninowi, który psychiatria powinna w końcu uznać: nie stwierdzono dotychczas niczego, co potwierdzałoby, że schizofrenicy mają nadaktywny system dopaminowy, a chorzy na depresję za mało aktywny system serotoninowy. Nie ma dotychczas jednoznacznych dowodów na to, że schorzenia te mają jakikolwiek związek z brakiem równowagi chenicznej w mózgu. Twierdzenie, że udowodniono brak równowagi chemicznej u psychicznie chorych jest kłamstwem. Wcale tego nie wiadomo. Mówi się o tym, aby zwiększyć sprzedaż tych leków, i uzasadnia się to biologicznym modelem wyjaśniania przyczyn chorób psychicznych.

Decydująca sprawa jest następująca: wiadomo w istocie, że leki te wpływają na funkcję przekaźników chemicznych w mózgu. Ludzie, u których zdiagnozowano chorobę psychiczną, nie mają dającego się udowodnić zaburzenia systemu neurotransmiterów, jednak leki te zakłócają normalną funkcję neuroprzekaźników.

Street Spirit: Zamiast zatem korygować brak równowagi chemicznej, te przepisywane w wielkich ilościach leki same zakłócają chemię mózgu i wywołują chorobę?

RW: Całkowicie dokładnie. Stephen Hyman, bardzo znany specjalista w dziedzinie neuronauk i były dyrektor National Institute of Mental Health (Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego) opublikował w roku 1996 artykuł, w którym zobrazował, jak leki psychotropowe wpływają na mózg. Napisał on, że wszystkie te leki powodują zakłócenia funkcji neurotransmiterów. Jego zdaniem mózg reaguje na zewnętrzną manipulację chemiczną, zmieniając swoje normalne funkcje i dopasowując się do działania leków psychotropowych. Inaczej mówiąc, mózg dopasowuje się do blokady normalnych funkcji dopaminy przez neuroleptyki. W przypadku leków antydepresyjnych z kolei mózg usiłuje wyrównać blokadę normalnego wychwytu zwrotnego serotoniny. Zmienia się on przy tym w przeciwnym kierunku. Jeżeli zablokuje się dopaminę, mózg usiłuje podnieść poziom dopaminy przez zwiększenie liczby receptorów dopaminowych. Oznacza to, że osoba leczona neuroleptykami ma w końcu w mózgu nienormalnie dużą liczbę receptorów dopaminowych.

Jeśli poda się pacjentowi lek antydepresyjny, który sztucznie podwyższa poziom serotoniny, to mózg reaguje w sposób przeciwny. Zmniejsza on wydzielanie serotoniny i liczbę receptorów serotoninowych. Osoba przyjmująca lek antydepresyjny ma w końcu w mózgu nienormalnie małą liczbę receptorów serotoninowych. Z tego wszystkiego Hyman wyciągnął następujący wniosek: Po tych zmianach mózg pacjenta funkcjonuje w sposób, który „jakościowo i ilościowo” różni się od stanu normalnego. Stephen Hyman, były dyrektor naszego urzędu zdrowia psychicznego, wykazał zatem, jak leki te wywołują stan chorobowy w mózgu.

Street Spirit: Paradoks jest zatem następujący: Nie ma dowodu na twierdzenie współczesnej psychiatrii, że przyczyną chorób psychicznych jest brak równowagi chemicznej w mózgu, jednak kiedy leczy się chorych tymi nowymi cudownymi środkami, powstaje taka chorobowa nierównowaga?

RW: Tak, leki te zakłócają normalną chemię mózgu. To jest rzeczywiście paradoksalne. Prawdziwa tragedia polega na tym, że przy stosowaniu tych leków zachodzi coś zupełnie przeciwnego do wyrównywania chemii mózgu. Bierze się mózg, który nie wykazuje nienormalnej chemii, i zakłóca lekami psychotropowymi tę normalnie funkcjonującą chemię. To, co dzieje się z osobą biorącą lek antydepresyjny SSRI, w sposób następujący opisuje Barry Jacobs, specjalista w dziedzinie neuronauk z Princeton: Leki te zmieniają tempo przenoszenia sygnału w synapsach poza zakres fizjologiczny istniejący w normalnych warunkach biologicznych. Wywołane w ten sposób zmiany w organizmie i w zachowaniu należy zatem potraktować jako chorobowe raczej niż jako reakcję w zakresie normalnej funkcji biologicznej serotoniny.

Street Spirit: Jednym z leków antydepresyjnych SSRI, który uchodzi za cudowny środek, jest Prozac (Fluctin). Pańskie studia pokazały jednak, że urząd do spraw leków FDA otrzymał więcej doniesień o działaniach ubocznych Prozacu, niż w przypadku jakiegokolwiek innego leku. O jakich działaniach ubocznych donoszono?

RW: Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na to, że skuteczność Prozacu i wszystkich późniejszych SSRI w badaniach klinicznych była zawsze niewielka. We wszystkich studiach klinicznych około 41 procent wszystkich pacjentów czuło się lepiej, w porównaniu do 31 procent w przypadku placebo. Jeśli jednak w studiach tych użyje się aktywnego placebo – tj. placebo, które wywołuje zmiany fizjologiczne bez żadnego pożytku, czyli jedynie tzw. działania uboczne, jak na przykład suchość w ustach – to wtedy nie ma praktycznie żadnej różnicy w skuteczności między lekami antydepresyjnymi SSRI a (aktywnymi) placebo.

Street Spirit: Czy nie było tak, że Prozac w pierwszych studiach wykazał tak małą skuteczność, że musiano manipulować wynikami testów, aby uzyskać dopuszczenie do sprzedaży rynkowej przez FDA?

RW: Historia Prozacu jest fascynująca. Od początku stwierdzano jedynie niewiele większą skuteczność w porównaniu z placebo. Jednocześnie zauważono jednak, że skłonności samobójcze po zastosowaniu Prozacu były większe niż w przypadku placebo. Inaczej mówiąc, środek ten czynił ludzi, którzy nigdy jeszcze nie myśleli o samobójstwie, niespokojnymi, podnieconymi i skłonnymi do samobójstwa. Tak samo występowały reakcje maniakalne u osób, które nigdy nie miały manii, i epizody psychotyczne u osób, które nigdy nie były psychotykami. Zauważano więc te problematyczne działania uboczne, podczas gdy jednocześnie stwierdzano niewiele większą skuteczność w leczeniu depresji niż w przypadku placebo. Eli Lilly, producent Prozacu, musiał zatem zatuszować psychotyczne i maniakalne działania uboczne, aby uzyskać dopuszczenie do sprzedaży przez FDA. Pewien pracownik FDA zauważył nawet ostrzegawczo, że Prozac wydaje się bardzo niebezpieczny. Mimo to dopuszczono w końcu ten środek do sprzedaży. Wydaje się, że dopiero teraz wychodzi to wszystko na światło dzienne. „Och, Prozac może skłaniać ludzi do samobójstwa, wszystkie te nowe SSRI mogą zwiększyć ryzyko samobójstwa!” To nie jest jednak żadną nowością. Odpowiednie dane były dostępne od pierwszych studiów. Również np. w Niemczech dało się słyszeć głosy uznające Prozac za niebezpieczny.

Street Spirit: Już pod koniec lat 80-tych wiedziano o tym?

RW: Nawet jeszcze wcześniej – na początku lat 80-tych, jeszcze zanim Prozac uzyskał dopuszczenie do sprzedaży. Jak już powiedziałem, firma Eli Lilly w istocie zatuszowała ryzyko manii i psychozy, tak samo jak fakt, że niektóre osoby po Prozacu były tak nerwowe i niespokojne, że myślały o samobójstwie. Tylko dzięki temu uzyskano dopuszczenie do sprzedaży. Ryzyko to tuszowano w różny sposób. Z jednej strony usuwano po prostu z danych studiów doniesienia o psychotycznych reakcjach. Z drugiej strony przemianowano częściowo wyniki testów. Jeśli np. ktoś wykazywał reakcję maniakalną lub psychotyczną, to nie rejestrowano jej jako takiej, tylko uważano ją za nawrót depresji, czy coś w tym rodzaju. Od początku istniała konieczność tuszowania tych działań ubocznych, i właśnie to zrobiła firma Eli Lilly. W końcu w roku 1987 Prozac wszedł na rynek z niewiarygodną kampanią reklamową. Nowy lek występował np. na stronie tytułowej niektórych czasopism jako „Pigułka roku” [śmieje się]. Nowy środek miał być o wiele bezpieczniejszy i ubogi w działania uboczne, prawdziwy cudowny środek. Lekarze mówili:

„Prawdziwym problemem w przypadku tego środka jest to, że umożliwia on nam wytworzenie każdej żądanej osobowości. Lek ten daje pacjentowi możliwość bycia szczęśliwym bezustannie. Trzeba tylko połknąć pigułkę!” Był to całkowity nonsens. W łagodzeniu objawów depresji leki te, patrząc krótkoterminowo, nie były skuteczniejsze niż placebo. Mimo wszystkich działań ubocznych reklamowano te środki, mówiąc: „Och, psychiatria ma taką potęgę, że może wytworzyć każdy żądany stan przyjemności – osobowość designer!” To było całkowicie bezwstydne. Rzeczywistość wyglądała tak: W przypadku jakiego leku otrzymywano po jego dopuszczeniu na rynek najwięcej doniesień o działaniach ubocznych? W przypadku Prozacu!

Street Spirit: W jakim wymiarze donoszono o działaniach ubocznych po wprowadzeniu na rynek Prozacu?

RW: Tutaj w Ameryce jest Medwatch, system doniesień, który przekazuje niepożądane działania leków psychotropowych do FDA. FDA utrzymuje zresztą te doniesienia w tajemnicy. Zamiast udostępnić je opinii publicznej, aby każdy znał ryzyko związane z lekiem, FDA bardzo utrudnia dostęp do tych raportów. W ciągu dziesięciolecia napłynęło do Medwatch 39 000 doniesień o działaniach ubocznych Prozacu. Przyjmuje się jednak, że jedynie około 1 procent wszystkich przypadków działań ubocznych, które wystąpiły w rzeczywistości, trafiło do Medwatch. Wobec 39 000 tego rodzaju doniesień do Medwatch trzeba przyjąć, że liczba osób reagujących na Prozac niepożądanymi działaniami ubocznymi jest mniej więcej sto razy większa. Daje to, z grubsza rzecz ujmując, cztery miliony osób. Prozac jest lekiem, który znacznie zdystansował w Ameryce inne leki pod względem liczby doniesień o działaniach ubocznych. Już w ciągu pierwszych dwóch lat po jego wprowadzeniu na rynek otrzymano więcej tego rodzaju doniesień na temat Prozacu niż w przypadku najczęściej stosowanego trójpierścieniowego leku antydepresyjnego w ciągu 20 lat.

Proszę nie zapominać: Prozac zachwalano amerykańskiej opinii publicznej jako cudownie bezpieczny lek – a na co uskarżają się ci, którzy go przyjmują? Manie, depresje psychotyczne, nerwowość, strachliwość, niepokój, agresywność, halucynacje, luki pamięciowe, drżączka, impotencja, ataki epileptyczne, zaburzenia snu, mdłości, tendencje samobójcze – potężny zakres poważnych objawów.

Dotyczy to nie tylko Prozacu. Kiedy około roku 1994 pojawiły się na rynku inne SSRI, jak Zoloft i Paxil (Seroxat), wśród 20 leków, o których działaniach ubocznych napłynęło najwięcej doniesień do Medwatch, były cztery leki antydepresyjne SSRI. Inaczej mówiąc, każdy z tych leków, które trafiły na rynek, wywoływał ten sam zakres niepożądanych działań ubocznych. Nie mówimy tutaj o nieszkodliwych skargach. Manie, halucynacje i depresje psychotyczne to poważne schorzenia.

Wszystko to było dobrze wiadome FDA. Urząd otrzymał napływ doniesień o działaniach ubocznych, jednak utrzymywano je w tajemnicy dłużej niż w przypadku jakiegokolwiek innego leku. Trwało to dziesięć lat, aż FDA przyznała po raz pierwszy, że lekarstwa te wywołują u niektórych osób tendencje do samobójstwa i gwałtownych czynów. Pokazuje to, jak FDA okłamała amerykańską opinię publiczną. Zamiast podjąć odpowiedzialność chronienia obywateli przed niebezpieczeństwami związanymi z nowymi lekami, FDA zatuszowała ryzyko związane z nowymi lekami antydepresyjnymi.

Street Spirit: Co myśli Pan wobec tej odmowy ostrzeżenia opinii publicznej o Prozacu o lekkomyślnym postępowaniu FDA w sprawie, która niedawno wyszła na jaw – problemu zwiększonych tendencji samobójczych u dzieci, które otrzymywały leki antydepresyjne takie, jak Paxil (Seroxat)? Czy angielskie urzędy do spraw zdrowia nie były o wiele szybsze niż ich amerykański odpowiednik FDA, jeśli chodzi o ostrzeganie o zwiększonych skłonnościach do prób samobójczych wśród młodzieży leczonej lekami antydepresyjnymi?

RW: Tak. Historia tych dzieci jest niewiarygodnie tragiczna. To jest naprawdę nieczysta historia. Zobaczmy, jak doszło do tego, że dzieci leczy się lekami antydepresyjnymi: W roku 1987 Prozac wszedł na rynek. Na początku lat 90-tych zapytali producenci leków antydepresyjnych SSRI: „Jak można rozszerzyć rynek tych leków?” To jest w końcu to, co robią przedsiębiorstwa farmaceutyczne – chcą one mieć coraz większą liczbę klientów. Odkryto zatem w dzieciach jeszcze nienaruszony rynek zbytu i zaczęto zalecać te leki również dzieciom. Z powodzeniem. Od roku 1990 liczba dzieci leczonych lekami antydepresyjnymi wzrosła siedmiokrotnie. We wszystkich studiach prowadzonych na dzieciach dotyczących leków antydepresyjnych stwierdzano jednak, że środki te w leczeniu objawu docelowego depresji nie są skuteczniejsze niż placebo. W testach leków antydepresyjnych prowadzonych na dzieciach uzyskiwano wciąż ten sam wynik. Oznacza to, że nie istnieją rozsądne przyczyny terapeutyczne, aby leczyć dzieci lekami, które łagodzą objawy docelowe nie lepiej niż placebo, ale powodują wszystkie możliwe niepożądane objawy uboczne.

Np. w serii testów 75 procent młodych ludzi leczonych lekami antydepresyjnymi cierpiało z powodu jakiegoś niepożądanego objawu ubocznego. W studium prowadzonym w uniwersytecie w Pittsburghu 23 procent dzieci leczonych SSRI rozwinęło manię lub objawy zbliżone do maniakalnych, u dalszych 10 procent doszło do zachowań agresywnych wywołanych przez lek. Te wyniki badań klinicznych świadczą zatem całkiem jednoznacznie, że leki te nie pomagają dzieciom z depresją, lecz prowadzą do wszelkich możliwych poważnych problemów – mani, agresywności, psychoz, a nawet do samobójstwa. Nie powinno się było nigdy stosować tych leków u dzieci, prawda? Zamiast tego zatuszowano wszystko.

Street Spirit: Jak to zatuszowano?

RW: Byli psychiatrzy – niektórzy z nich zapewne otrzymali pieniądze od firm farmaceutycznych – którzy twierdzili, że dzieciom brak właściwej opieki psychiatrycznej i dlatego często są one zagrożone samobójstwem. Utrzymywali oni, że dzieci tych nie można pozostawić bez leków; prowadziłoby to do tragedii, gdyby nie zastosować tutaj nowych leków antydepresyjnych. W końcu znany angielski badacz David Healy rozpoczął własne studia nad zagadnieniem, czy leki te mogą wzmocnić skłonności samobójcze. Udało mu się uzyskać dostęp do części wyników testów, i zareagował. Uczynił to najpierw w Anglii, gdzie przedłożył dane władzom zdrowotnym. Osoby odpowiedzialne widziały, że leki te w sposób oczywisty zwiększały ryzyko samobójstwa, a w leczeniu objawu docelowego depresji nie były tak naprawdę użyteczne. W rezultacie zaczęto w Anglii ostrzegać lekarzy przed przepisywaniem tych środków młodzieży.

A co stało się w Stanach Zjednoczonych? Po pierwsze, po tym, jak wywarto pewien nacisk na FDA, urząd odbył konsultacje. FDA zbagatelizowała ryzyko związane z tymi lekami i nawet ociągała się z opatrywaniem opakowań i ulotek odpowiednimi ostrzeżeniami. Dlaczego? Czy życie amerykańskich dzieci nie jest warte ochrony? Czy nie trzeba by przynajmniej ostrzegać przed lekami, przy których stosowaniu naukowo udowodniono zwiększenie ryzyka samobójstwa? FDA obstawała jednak przy swoim stanowisku, że nie jest konieczne opatrywanie tych leków odpowiednim ostrzeżeniem.

Street Spirit: Jak to się dzieje, że te leki antydepresyjne wciąż jeszcze uchodzą za cudowne środki przeciwko depresji, podczas gdy nie ma leku, o którego działaniach ubocznych donoszono by w takim stopniu, jak w przypadku Prozacu, a Paxil – co udowodniono – zwiększa skłonności samobójcze u młodzieży? I dlaczego FDA tak długo nie ostrzegała opinii publicznej przed Paxilem i Prozaciem?

RW: Jest tego cały szereg przyczyn. Finansowanie FDA uległo zmianie w latach 90tych. W wyniku wprowadzenia nowego prawa, Prescription User Fee Act, finansowanie FDA przeniesiono w dużej części na przemysł farmaceutyczny. Wygląda to zasadniczo tak, że firma farmaceutyczna, która składa wniosek o dopuszczenie leku do sprzedaży, musi uiścić opłatę. Z tej opłaty w dużej części finansowane jest postępowanie dopuszczania leku do sprzedaży przez FDA. Z dnia na dzień zatem stało się tak, że środki finansowe FDA nie pochodzą już od obywateli, lecz od przemysłu farmaceutycznego. Kiedy zatem powstało nowe sformułowanie prawa, lobby farmaceutyczne stwierdziło, że w przyszłości zadaniem FDA ma być nie tak, jak dotychczas, krytyczna kontrola leku, lecz możliwie szybkie dopuszczenie do sprzedaży. Zawdzięczamy to polityce Newta Ginricha (od 1995 do 1999 mówca Izby Reprezentantów. Związana z nim jest „Republican Revolution”, która w wyborach do Kongresu w roku 1994 po raz pierwszy od dziesięcioleci doprowadziła do większości republikanów. Uwaga tłumacza niem. zaczerpnięta z Wikipedii). Waszym zadaniem jest teraz dopuszczanie leków do sprzedaży, współpracujcie zatem z przemysłem farmaceutycznym i ułatwiajcie powstawanie nowych leków. Idea FDA jako urzędu nadzorczego zatraciła się.

Ponadto wielu pracowników FDA przeszło do firm farmaceutycznych. FDA określa się często ironicznie jako trampolinę do kariery w przemyśle farmaceutycznym. Idzie się do FDA i pracuje tam jakiś czas, aż otrzyma się w końcu propozycję pracy w przedsiębiorstwie farmaceutycznym. Jeśli taka jest normalna kolej rzeczy, to pracownik FDA, który stara się nawiązać kontakty dla swojej dalszej kariery, będzie dotykał koncernów farmaceutycznych w jedwabnych rękawiczkach. Wszystko to działo się w latach 90tych. FDA otrzymała nowy rozkaz do marszu, a brzmiał on:

„Uprośćcie dopuszczanie leków do sprzedaży, i nie bądźcie zbyt krytyczni. Jeśli nie chcecie utracić środków finansowych, które napływają teraz od przemysłu farmaceutycznego, to trzymajcie się tej wytycznej”.

Street Spirit: Koncerny farmaceutyczne mają zatem ogromną władzę polegającą na uładzaniu wyników badań leków i uzależnianiu od siebie biorących w nich udział naukowców, a nawet FDA?

RW: Obszar działania FDA został na początku lat 90tych drastycznie ograniczony, a rezultat widzimy w przypadku leków psychotropowych. FDA z psa stróża stała się psem myśliwskim przemysłu farmaceutycznego. Amerykańska opinia publiczna dowiedziała się o tym dopiero w dniach dzisiejszych. Marcia Angell, była redaktor naczelna New England Journal of Medicine, publikuje obecnie książkę, w której określa FDA jako psa myśliwskiego przemysłu farmaceutycznego. Jako była redaktor naczelna najważniejszego medycznego czasopisma specjalistycznego jest Marcia Angell ważną osobistością w medycynie amerykańskiej – i doszła ona do wniosku, że FDA oszukała opinię publiczną. Z powodu swojej krytyki przemysłu farmaceutycznego utraciła ona w końcu pracę w New England Journal of Medicine. Pod koniec lat 90tych była ona redaktor naczelną tego czasopisma i współpracowała z lekarzem o nazwisku Thomas Bodenheimer. On to zdecydował się zwrócić w artykule uwagę na to, że z powodu odpowiednio zredagowanych wyników studiów medycznych nie można już polegać na medycznych czasopismach specjalistycznych. Oboje zatem rozpoczęli dochodzenie, jak przedsiębiorstwa farmaceutyczne finansują badania i opracowują na swój sposób wyniki dla opinii publicznej.

Wskazali oni, że z tego powodu nie można już mieć zaufania do tego, co można przeczytać w czasopismach naukowych, i donieśli, że w poszukiwaniu specjalisty mającego ocenić publikacje naukowe na temat leków antydepresyjnych nie udało im się znaleźć kogoś, kto nie otrzymywałby pieniędzy od przemysłu farmaceutycznego.

New England Journal of Medicine z kolei wydawany jest przez Massachusetts Medical Society, które ma w swoim programie szereg innych czasopism i w dużej części finansuje się dzięki reklamie farmaceutycznej. Co stało się, kiedy ukazał się artykuł Thomasa Bodenheimera i Marcii Angell o pożałowania godnym stanie amerykańskiej medycyny? Oboje stracili pracę! Marcia Angell została zwolniona, podobnie jak Thomas Bodenheimer. Proszę pomyśleć: Czołowe medyczne czasopismo specjalistyczne zwalnia pracowników, ponieważ odważyli się oni skrytykować nieczyste praktyki w medycynie amerykańskiej, które zatruwają literaturę naukową. Mamy więc urząd dopuszczania leków do sprzedaży, który gra rolę pieska myśliwskiego, i medyczną literaturę specjalistyczną, do której nie można mieć zaufania. Wszystko to wskazuje, że amerykańska opinia publiczna została okłamana, nie dowiedziała się niczego o problemach związanych z tymi lekami, ani niczego o tym, dlaczego problemy te były utrzymywane w tajemnicy. Ma to związek z pieniędzmi, z prestiżem i ze stosunkami ku obopólnej korzyści.

Street Spirit: Chodzi również o odebranie głosu krytykom. Eli Lilly wykorzystuje media do wychwalania korzyści związanych z Prozaciem, wabi lekarzy wszelkiego rodzaju przemówieniami na konferencjach, gdzie donosi się o zaletach leku, i po prostu kupuje badaczy. Czy przemysł farmaceutyczny nie wykorzystuje pieniędzy i władzy do skłaniania krytyków do milczenia?

RW: Przykładem tego jest dr Joseph Glenmullen, psychiatra, który pracuje również dla Uniwersytetu Harvarda, i który opublikował książkę pod tytułem Prozac Backslash („Odbicie piłki przez Prozac”), w której ostrzega przed niebezpieczeństwami związanymi z Prozaciem. Stwierdził on, że lek ten przepisywany jest o wiele za często i ma poważne działania uboczne. Zamieścił nawet pytania o zaburzenia pamięci i inne problemy kognitywne przy długotrwałym zażywaniu tych leków. Eli Lilly szybko usiłowała odebrać mu dobre imię w publicznej kampanii. Wysłano do mediów wskazówki, w których kwestionowano jego przynależność do Harvard Medical School (najszacowniejszy fakultet medyczny w USA, uwaga tłumacza niem.). Chodziło tylko o to, aby skłonić krytyka do milczenia.

Jeśli śpiewa się pieśń przemysłu farmaceutycznego, dostaje się sporo pieniędzy, aby latać po świecie i wszędzie wygłaszać wykłady o cudownym działaniu określonych leków. A ci, którzy słuchają tych wykładów, i nie zadają krytycznych pytań, otrzymują za swój udział w imprezie informacyjnej galowy obiad, a być może również honorarium. Kiedy chce się spijać mleczko, nie stanowi to problemu. Wychwala się w najwyższych tonach cudowne działanie leku, przemilcza wstydliwe działania uboczne, i dostaje wtedy piękne honorarium jako mówca gościnny i ekspert w danej dziedzinie.

Jeśli jednak należy się do tych, którzy pytają: „A co z maniami i psychozami?” – wtedy zmuszają ciebie do milczenia. Najlepszym przykładem jest David Healy. Jako naukowiec był on w Anglii bardzo ceniony. Opublikował on wiele książek o historii psychofarmakologii, i był przewodniczącym Towarzystwa Psychofarmakologicznego. W końcu uniwersytet w Toronto zaproponował mu stanowisko kierownika tamtejszego instytutu psychiatrycznego – zadanie, którego chętnie się podjął. Poleciał więc do Toronto i wygłosił wykład o zwiększonym niebezpieczeństwie popełnienia samobójstwa pod wpływem Prozacu i innych leków antydepresyjnych SSRI. Kiedy wrócił do domu, uniwersytet w Toronto wycofał swoją propozycję. Czy pieniądze od Eli Lilly płyną do uniwersytetu w Toronto? Ależ oczywiście. Odpowiedź na Pana pytanie brzmi zatem: Tak, Eli Lilly zmusza inaczej myślących do milczenia.

Street Spirit: Co kryje się za historią o potajemnym porozumieniu między Eli Lilly a tymi, którzy przeżyli, i oskarżyli firmę farmaceutyczną po tym, jak Joseph Wesbecker pod wpływem Prozacu zastrzelił 20 ich kolegów?

RW: W trakcie postępowania przeciwko Eli Lilly sędzia chciał dopuścić materiał dowodowy, który świadczył o niewłaściwym postępowaniu Eli Lilly w innym przypadku. Sędzia powiedział: „W porządku, proszę przedłożyć ten materiał”. I co stało się wtedy? Oskarżyciele nagle stracili zainteresowanie przedkładaniem dowodów mających poprzeć ich oskarżenie. Sędzia zadał sobie oczywiście pytanie, dlaczego oskarżyciele nagle stracili chęć przedstawienia swojego najlepszego materiału, i usłyszał, co w trawie piszczy. Zaświtało mu, że Eli Lilly porozumiała się potajemnie z oskarżycielami, a część tego porozumienia polegała na tym, aby z postępowania uczynić farsę, w celu uwolnienia Eli Lilly od zarzutów. Wtedy Eli Lilly mogłaby powiedzieć: „Tera udowodniono, że nasz lek nie skłania ludzi do przemocy!” I dokładnie tak się stało. Eli Lilly zauważyła, że proces praktycznie był już przegrany, i zaoferowała oskarżycielom sporą sumę pieniędzy. Obie strony porozumiały się na tej drodze, jednak pozwolono oskarżycielom kontynuować postępowanie. Teraz Eli Lilly może ogłosić, że wygrała proces, i przez to udowodniono, że Prozac nie jest niebezpieczny.

Street Spirit: Jak wszystko to ujrzało światło dzienne?

Nie wiedziano by o tym aż do dzisiaj, gdyby nie stały się dwie rzeczy. Po pierwsze, czy uwierzymy w to, czy nie: Sędzia wniósł sprzeciw przeciwko orzeczeniu swojego własnego sądu. Powiedział on: „Coś tutaj się nie zgadza.” Swierdził on, że zawarto potajemne porozumienie, a dalsze postępowanie sądowe było czystą farsą. Nazwał to jedną z najcięższych obraz integralności wymiaru sprawiedliwości, jaką kiedykolwiek przeżył. Po drugie, angielski dziennikarz John Cornwell opublikował książkę pod tytułem Power to Harm: Mind, Medicine and Murder on Trial („Potęga szkodzenia: umysł, medycyna i postępowanie w sprawie morderstwa”). Napisał on o tym przypadku, jednak w Ameryce nic nie słyszano o tym potajemnym porozumieniu i o całym naginaniu prawa, które po nim nastąpiło. To angielski dziennikarz odkrył tę historię.

Chcę przez to powiedzieć rzecz następującą: Zmusza się do milczenia ludzi takich jak Marcia Angell. Kształtuje się według własnego upodobania wyniki badań naukowych. Nagina się prawo. Perwertuje się procedurę dopuszczania leków do sprzedaży przez FDA. Postępuje się tak wszędzie, aż w końcu mamy społeczeństwo, które wierzy w te leki psychotropowe. Przed chwilą zapytał mnie Pan, dlaczego większość ludzi wciąż przekonanych jest do Prozacu. Jedna z przyczyn jest taka, że wciąż podtrzymuje się bajkę o cudownym środku. Głosi się ją publicznie, ponieważ każdy krytyk zmuszany jest według tego schematu do milczenia. Inny powód jest taki, że niektórzy ludzie rzeczywiście czują się lepiej pod wpływem Prozacu. Jest to prawdą tak samo, jak to, że inni czują się lepiej po placebo. I wciąż słyszy się takie doniesienia: „Biorę Prozac, i teraz czuję się dobrze.” Jest taka specjalna grupa pacjentów. Ich historie rozpowszechnia się publicznie. Z tych powodów większość ludzi nadal wierzy w bajkę o cudownych środkach, które są takie bezpieczne i ubogie w działania uboczne, mimo wszystkich przeciwnych ustaleń, które w międzyczasie uzyskano i w wielkiej części zatuszowano.

Część druga: Leki antypsychotyczne

Street Spirit: Przejdźmy teraz od leków antydepresyjnych takich, jak Prozac, do innej grupy rzekomych cudownych środków – nowych leków antypsychotycznych. Napisał Pan kiedyś, że długotrwałe zażywanie leków antypsychotycznych – zarówno starych neuroleptyków, jak Thorazin czy Haldol, jak również nowych leków atypowych, jak Zyprexa i Risperdal – wywołuje patologiczne zmiany w mózgu, które mogą prowadzić do pogorszenia objawów choroby psychicznej. Jakie zmiany w chemii mózgu powodują leki antypsychotyczne, i jak prowadzi to do najbardziej zastraszającego rezultatu, jaki Pan opisuje – powodowania chronicznych schorzeń psychicznych przez same te środki?

RW: Jest to wątek, który można śledzić przez okres około 40 lat. Problem chronifikacji schorzeń psychicznych można znaleźć od czasu do czasu ciągle na nowo w literaturze badawczej.

Mechanizm biologiczny został w międzyczasie dobrze zrozumiany. Leki antypsychotyczne blokują niezwykle skutecznie 70-90 procent receptorów dopaminowych w mózgu. W odpowiedzi na to mózg wytwarza około 50 procent dodatkowych receptorów dopaminowych. Usiłuje on być niezwykle czułym.

W rezultacie mamy nierównowagę systemu dopaminowego w mózgu. Jest to tak, jakby Pan nacisnął pedał gazu – tak działają dodatkowe receptory dopaminowe – i jednocześnie hamulca, co odpowiada blokującemu działaniu leków. Kiedy teraz zwolni się hamulec, odstawiając nagle leki, to mamy nadaktywny system dopaminowy, zbyt wiele receptorów dopaminowych. I co się dzieje?

Osoby, które nagle odstawiają leki, mają poważne nawroty choroby.

Street Spirit: Czy zgodne z prawdą jest to, że osoby leczone tymi lekami antypsychotycznymi wykazują tendencję do znacznie większej liczby nawrotów? Czy mają one częściej nowe kryzysy psychiczne w porównaniu do osób leczonych inaczej i bez takich leków?

RW: Tak, bezwarunkowo, i wiedziano od roku 1979, że w ten sposób rzeczywiście zwiększono zasadniczą biologiczną podatność na psychozy. Przy okazji odkryto jeszcze, że objawy psychotyczne można wyzwolić również za pomocą amfetamin, kiedy manipuluje się systemem dopaminowym. Jeśli zatem poda się komuś wystarczającą ilość amfetamin, to zwiększa się ryzyko wystąpienia psychozy. Jest to powszechnie znane. A co robią amfetaminy? Uwalniają one dopaminę. Istnieje zatem biologiczne wyjaśnienie faktu, że ryzyko wystąpienia psychozy rośnie, kiedy manipuluje się systemem dopaminowym. Jest to kwintesencja tego, co robią leki antypsychotyczne: Zakłócają one system dopaminowy.

Istnieje bardzo wymowne studium tego: Badacze z uniwersytetu w Pittsburgu badali w latach 90tych osoby, którym niedawno zdiagnozowano schizofrenię. Zaczęli oni od wykonywania obrazów MRI mózgów tych osób. Mamy więc obrazy mózgów tych ludzi na początku diagnozy. Po tym wykonywali oni dalsze zdjęcia po następnych 18 miesiącach, aby zobaczyć, jak zmieniły się te mózgi. W ciągu tego czasu osobom tym przepisywano leki antypsychotyczne, i co stwierdzili badacze? Donoszą oni, że w ciągu tych 18 miesięcy leki wywołały powiększenie zwojów podstawnych, okolicy mózgu działającej na dopaminie. Inaczej mówiąc, leki wywołują widoczną zmianę morfologii, zmianę wielkości okolicy mózgu, będącą anomalią. To jest jedno. Mamy lek antypsychotyczny, który powoduje anomalię mózgu.

Teraz przechodzimy do sprawy zasadniczej. Stwierdzono, że podczas tego powiększenia występuje pogorszenie objawów negatywnych. Mamy zatem wymowny wynik uzyskany dzięki najnowocześniejszej technologii. Fotografie mózgu dokumentują, jak czynnik doprowadzony z zewnątrz rujnuje normalną chemię, powoduje anomalne powiększenie zwojów podstawnych, a to powiększenie z kolei powoduje pogorszenie objawów, które, jak wierzono, leczono. Jest to dokładnie historia procesu patologicznego, czynnik zewnętrzny powoduje anomalię, wywołuje objawy…

Street Spirit: Czynnik zewnętrzny, który wzmacnia proces chorobowy, jest jednak rzekomym lekiem przeciwko chorobie! Dokładnie rzecz biorąc, to lek psychiatryczny jest czynnikiem powodującym chorobę.

RW: Dokładnie tak jest. Jest to zadziwiający, powalający wynik. Jest to rodzaj rezultatu, przy którym chciałoby się zawołać: „Dobry Boże, musimy inaczej zabrać się do rzeczy.” Czy wie Pan, na co badacze ci otrzymali nowe subwencje, po tym, jak to stwierdzili?

Street Spirit: Nie, nie mam pojęcia. No tak, można by być może zaproponować rozszerzenie studiów tego rodzaju na inne leki psychiatryczne.

RW: Dostali oni subwencje, aby zaprojektować implant, implant mózgu, który w sposób ciągły uwalnia w mózgu leki takie jak Haldol! Dostali zlecenie zaprojektowania implantu uwalniającego leki, który można by zastosować u osób ze schizofrenią. Nie miałyby one wtedy możliwości odmowy przyjmowania leków!

Street Spirit: Niewiarygodne. Wyprodukowanie implantu, który uwalnia stałą dawkę środka, który właśnie rozpoznano jako powodujący patologię chemii mózgu?

RW: Dokładnie. Właśnie stwierdzili oni, że powoduje on pogorszenie objawów! Zatem, dlaczego chcieli kontynuować i zaprojektować trwały implant? Na to były pieniądze. I nikt nie chciał sprzeciwić się temu strasznemu wynikowi badań, że w wyniku podawania leku powiększały się zwoje podstawne, co wiąże się z pogorszeniem objawów. Nikt nie chciał zgodzić się z faktem, że kiedy leczy się ludzi lekami antypsychotycznymi, można zaobserwować rozpoczynające się skurczenie płatów czołowych. Nikt nie chciał o tym więcej mówić. Przerwali oni te badania.

Street Spirit: Jakie inne działania uboczne powstają w wyniku dłuższego przyjmowania leków antypsychotycznych?

RW: Och, dostaje Pan zaburzeń ruchowych, trwałej niewłaściwej funkcji mózgu, i akatyzji, co oznacza niewiarygodny niepokój nerwowy. Po prostu nie czujesz już się dobrze. Chciałbyś usiąść, ale nie możesz pozostać w pozycji siedzącej. Jest to tak, jakbyś chciał wypełznąć z własnej skóry. A wszystko to połączone jest z bólami, agresywnością, myślami samobójczymi i wszelkimi innymi możliwymi strasznymi rzeczami.

Street Spirit: Tego rodzaju działania uboczne wiąże się z na ogół z pierwszą generacją leków antypsychotycznych, jak Thorazin, Haldol i Sterazin. Ale tak samo jak w przypadku Prozacu, wielu ludzi pociąga nowa generacja o cudownych właściwościach, leki atypowe – Zyprexa, Clorazil i Risperdal, które mają zapewnić kontrolę zaburzeń psychicznych przy znacznie mniejszych działaniach ubocznych. Czy to się zgadza? Co stwierdził Pan w odniesieniu do tego?

RW: Nie, jest to całkowity nonsens. Uważam nawet, że nowsze środki w porównaniu ze starszymi być może powinny być uważane za jeszcze bardziej niebezpieczne, o ile jest to w ogóle możliwe. Jak wiadomo, zwykłe neuroleptyki, jak Thorazin i Haldol, powodowały cały szereg szkód, jak zaburzenia ruchowe itd. Jeśli dostawalibyśmy nowe leki atypowe, byłoby to znacznie bezpieczniejsze, twierdzono. Nowe leki atypowe powodują jednak wszelkie możliwe inne zaburzenia przemiany materii.

Pomówmy tylko o Zyprexie. Ma ona inny profil. Możliwe jest, że wywołuje ona mniej zaburzeń ruchowych. Możliwe jest, że powoduje też mniej objawów choroby Parkinsona. Za to jednak powoduje ona cały szereg nowych objawów. Np. zwiększa ryzyko wystąpienia cukrzycy, pogarsza zaburzenia funkcjonowania trzustki. Może prowadzić do otyłości i zaburzeń odżywiania.

W rzeczywistości badacze z Irlandii donieśli w roku 2003, że od czasu wprowadzenia leków atypowych śmiertelność wśród ludzi ze schizofrenią podwoiła się. Porównali oni śmiertelność ludzi leczonych starymi neuroleptykami ze śmiertelnością ludzi, którzy otrzymywali nowe, i była ona dwukrotnie wyższa. Dwukrotnie wyższa! Szkody zatem nie uległy zmniejszeniu. W istocie zmarło podczas ich studiów 25 spośród 72 pacjentów.

Street Spirit: Jakie były przyczyny przypadków śmiertelnych?

RW: Wszelkie możliwe schorzenia fizjologiczne, i jest to ważny aspekt. Mamy ludzi z problemami z oddychaniem, ludzi z niewiarygodnie wysokim poziomem cholesteryny, z problemami z sercem, z cukrzycą. Zyprexa stanowi w istocie zagrożenie dla jądra zdrowych funkcji przemiany materii.

Stąd ogromne przybieranie na wadze, dlatego dostaje się cukrzycy. Zyprexa niszczy podstawowe funkcje aparatu, który przetwarza pożywienie i pobiera z niego energię. Ta podstawowa funkcja ciała ludzkiego ulega uszkodzeniu. Rozumiemy, dlaczego mamy problemy z trzustką, złą regulację poziomu glukozy, cukrzycę itd. Jest to wyraźna oznaka manipulacji bardzo elementarnymi funkcjami życiowymi.

Street Spirit: Mówi się, że mamy do czynienia z alarmującym wzrostem liczby diagnoz zaburzeń psychicznych u dzieci. Milionom dzieci diagnozuje się depresję, objawy dwubiegunowe lub psychotyczne, zespół deficytu uwagi i fobie społeczne. Czy ten przypominający eksplozję wzrost zachorowań na choroby psychiczne u dzieci jest rzeczywisty, czy też chodzi o kampanię marketingową przemysłu farmaceutycznego, która buduje kopalnię złota dla firm farmaceutycznych?

RW: Porusza Pan tutaj skandal, tragedię w największym wymiarze. Niekiedy mówię do klas szkolnych na lekcjach psychologii. Trudno Panu sobie wyobrazić, jak wielu młodym ludziom opowiadano w wieku dziecięcym, że są chorzy psychicznie, że coś jest z nimi nie tak. Jest to po prostu zjawiskowe. Jest rzeczą absolutnie straszną opowiadanie dzieciom, że mają uszkodzony mózg i chorobę psychiczną. Tutaj dzieją się dwie rzeczy. Z jednej strony jest to oczywiście kompletny nonsens. Jeśli przypomni Pan sobie swoje dzieciństwo, to będzie Pan wiedział, że jako dziecko ma Pan wiele energii, zachowuje się Pan niekiedy w niezwykły sposób i ma Pan ekstremalne wahania emocjonalne, zwłaszcza w wieku nastoletnim. Dzieci i nastolatki mogą być bardzo emocjonalne. Analizuje się zatem zachowanie się dzieci i zaczyna definiować niepożądane zachowania jako chore. Definiuje się przede wszystkim nieprzyjemne uczucia jako patologiczne. Jest to aspekt ich działania, patologizują oni dzieciństwo przejrzystym bełkotem definicyjnym.

Patologizujemy słabości naszych dzieci.

Weźmy pod uwagę dziecko podlegające opiece, które być może wyciągnęło zły los w loterii życia. Urodziło się ono w niekorzystnych stosunkach rodzinnych i wzrasta teraz w domu opieki. Czy wyobraża Pan sobie, co to obecnie oznacza?

Może bardzo szybko dojść do tego, że otrzyma ono diagnozę choroby psychicznej i będzie leczone lekami psychiatrycznymi. 60-70 procent dzieci w domach dziecka w Massachusetts leczone jest lekami psychiatrycznymi. Te dzieci nie są psychicznie chore! Były one źle traktowane, trafiają do domu opieki, co nie oznacza niczego innego niż to, że żyły one w trudnych warunkach rodzinnych, a co robi nasze społeczeństwo? Mówi ono: „Macie uszkodzony mózg.” Nie chodzi o to, że społeczeństwo jest złe, i nie daje równej szansy. Nie, nie, dziecko ma uszkodzony mózg i musi przyjmować leki. Jest to absolutnie kryminalne.

Pomówmy teraz o zaburzeniach dwubiegunowych u dzieci. Lekarz mówi np., że występuje to bardzo rzadko, tak rzadko, że nie odgrywa to żadnej roli. Ale teraz przeoczamy sprawę. Zaburzenia dwubiegunowe wybuchają regularnie wśród dzieci. Dobrze, w pewien sposób można powiedzieć, że często nie dbaliśmy o to, traktując to jako dziecinadę; ale tutaj rzeczywiście coś się dzieje. Chcę Panu powiedzieć, co się dzieje: Biorą dzieci i leczą je lekami antydepresyjnymi – czego jeszcze nigdy nie robiliśmy – albo leczą je stymulantem, jak Ritalin. Stymulanty mogą powodować manie; stymulanty mogą powodować psychozy.

Street Spirit: I tak, jak Pan pokazał, również leki antdepresyjne mogą wyzwalać manie.

RW: Dokładnie, mamy tutaj indukowaną przez leki manię lub psychozę u dzieci. Czy słyszał Pan, żeby lekarz w izbie przyjęć mówił „Och, on cierpi na epizod wywołany przez leki.”? Nie, mówi on, że dziecko ma zaburzenia dwubiegunowe.

Street Spirit: Wtedy daje się dziecku nowy lek przeciwko chorobie psychicznej, która została spowodowana przez pierwszy lek…

RW: Tak, daje mu się lek antypsychotyczny; i natychmiast dostaje koktajl medykamentów, i jest na drodze ku dożywotniej niepełnosprawności. Jest to pewny sposób na robienie dzieci chorymi.

Street Spirit: Jest tak, jak gdyby społeczeństwo czy jego szkoły usiłowały czynić dzieci podatnymi na manipulację, i kończy się to tym, że wsadza się je wbrew ich woli do chyboczącej się chemicznej łodzi przybrzeżnej…

RW: Dokładnie tak jest.

Street Spirit: Jest zadziwiająco duża liczba dzieci, którym podaje się Ritalin, aby wyleczyć je z nadaktywności. Ale jaki dziesięciolatek w pełnej wrażeń atmosferze szkolnej nie jest hiperaktywny? Pisze Pan, że Ritalin wpływa podobnie na system dopaminowy, jak kokaina i amfetaminy.

RW: Ritalin (metylofenidat) działa na mózg w dokładnie ten sam sposób, co kokaina. Obie te substancje blokują cząsteczkę, która uczestniczy w wychwycie zwrotnym dopaminy.

Street Spirit: Zatem obie te substancje podwyższają poziom dopaminy w mózgu?

RW: Dokładnie, i robią to z porównywalną skutecznością. Metylofenidat jest bardzo podobny do kokainy. No tak, różnica jest tylko taka, czy wdycha się to, czy jest to zawarte w tabletkach. To decyduje częściowo o tym, jak szybko substancja jest metabolizowana. Ale mimo to działa on na mózg w taki sam sposób. Metylofenidat był używany w studiach badawczych do wywoływania objawów psychotycznych u schizofreników. Jeśli poda się metylofenidat osobie o skłonnościach do psychoz, to będzie ona miała objawy psychotyczne. O tym było wiadomo. Wiemy również, że amfetaminy, tak jak metylofenidat, mogą wywołać objawy psychozy u ludzi, którzy nigdy wcześniej nie byli psychotykami.

Niech Pan to dokładnie przemyśli. Podajemy dzieciom lek, o którym wiadomo, że może wyzwalać psychozy. A szczególnie ważne jest to, że metylofenidat i amfetaminy działają na dzieci w nieoczekiwany sposób. Co robi speed z dorosłymi? Czyni ich nerwowymi i hiperaktywymi. I wreszcie: Amfetaminy uspokajają ruchy dzieci; utrzymują je na krzesłach i zwiększają ich koncentrację. Popatrzmy na dzieci w nudnych szkołach. Młodzi ludzie nie uważają, otrzymują diagnozę ADHD i są leczeni lekiem, o którym wiadomo, że wywołuje on psychozy. Poza tym wiemy, że cały szereg dzieci w wieku 15, 16, 17 lat nie zachowuje się koniecznie w sposób konformistyczny. Niektóre dzieci powiedziały nam, że pod wpływem tych leków czują się jak zombies. Nie odczuwają już siebie samych.

Street Spirit: Wewnętrzna pustka, stępione uczucia… i to robi się milionom dzieci?

RW: Milionom dzieci! Zastanówmy się nad tym, co tutaj robimy. Rabujemy dzieciom ich prawo do bycia dziećmi, ich prawo do dorastania, ich prawo do zbierania doświadczeń wraz z całym spektrum uczuć, ich prawo do doświadczania świata w pełni jego odcieni. Nic innego nie oznacza dorastanie, bycie żywotnym! Rabujemy dzieciom ich prawo do egzystencji. Jest to absolutnie kryminalne. Mówimy o milionach dzieci, z którymi postępuje się w ten sposób. Istnieją szkoły, w których 40-50 procentom dzieci przepisuje się leki psychiatryczne.

Street Spirit: Wygląda to na ogromny mechanizm kontroli społecznej. Społeczeństwo podaje dzieciom Ritalin i leki antydepresyjne, aby podporządkować je sobie i dopasować do siebie. Z jednej strony chodzi zatem o kontrolę społeczną i konformizm. Z drugiej strony przynosi to ogromny zysk komercyjny.

RW: Tutaj ma Pan rację, tworzy się w ten sposób konsumentów leków, mając nadzieję na dożywotnich konsumentów. Czy mówi im się o tym? Mówi im się, że będą potrzebowali lekarstw przez całe życie. I wtedy wiadomo, że skazani są oni na dwa lub trzy leki. Z kapitalistycznego punktu widzenia wspaniały pomysł. Służy to pewnej kontroli społecznej, i mamy dzieci, z których – jak można się spodziewać – uczyni się w ten sposób dożywotnich konsumentów. Świetny pomysł. Wydajemy tymczasem na leki antydepresyjne więcej pieniędzy, niż odpowiada to dochodowi narodowemu brutto państw średniej wielkości, jak np. Jordania. Są to całkiem spore sumy. Kwota, którą wydajemy w tym kraju na leki psychiatryczne, wyższa jest niż dochód narodowy dwóch trzecich państw tego świata. Niewiarygodnie lukratywnym paradygmatem jest to, że substancjami tymi można wyrównać brak równowagi chemicznej w mózgu. Z handlowego punktu widzenia działa to bardzo dobrze w przypadku Eli Lilly. Kiedy Prozac wchodził na rynek, wartość Eli Lilly na Wall Street, kapitalizacja, wynosiła 2 miliardy dolarów. W roku 2000, kiedy Prozac stał się ich numerem jeden na rynku, kapitalizacja osiągnęła 80 miliardów dolarów, co oznacza wzrost czterdziestokrotny.

Trzeba wziąć to pod uwagę, jeśli chce się zrozumieć, dlaczego przedsiębiorstwa farmaceutyczne reprezentują swoje wizje z taką determinacją. Przynoszą one miliardowe wzrosty kapitału zakładowego managerom i właścicielom tych firm. Opłaca się to również establishmentowi psychiatrycznemu, który stoi za tymi produktami. Czerpie on z tego zyski. Bardzo dużo pieniędzy płynie do ludzi, którzy zajmują się tego rodzaju opieką medyczną. W mediach mamy wielkie kampanie reklamowe. Wszystko to jest wielką zyskowną imprezą.

Na nieszczęście oznacza to utratę wiarygodności literatury naukowej, korupcję FDA, wielkie szkody dla dzieci tego kraju, które są w to uwikłane, i wzrost liczby osób niepełnosprawnych o 150000 rocznie, w okresie 17 lat. Niewiarygodny rekord w wyrządzaniu szkód.

Street Spirit: Wszyscy bogacą się w ten sposób, przedsiębiorstwa farmaceutyczne, psychiatrzy, badacze, agencje reklamowe, tylko klienci nie. Odbiera im się rozum, i przez to ponoszą dożywotnie szkody.

RW: A wie Pan, co jest tutaj najciekawsze? Nikt nie twierdzi, że zdrowie Amerykanów ulega poprawie. Zamiast tego mówi właściwie każdy, że mamy te narastające problemy. Przypisuje się je wzrostowi stresu we współczesnym życiu, albo czemuś podobnemu.

Przy tym wzbraniamy się przed konfrontacją z faktem, że choroby psychiczne powodujemy my sami.

Tekst oryginału: http://akmhcweb.org/articles/BayAreaStreetSpiritWhitaker.htm
Tłumaczył: Andrzej Romuald Pacholski